Robert Wierzbicki z Chojnowa jest chyba najbardziej znanym strażnikiem miejskim wśród satyryków. I najsławniejszym satyrykiem strażników. WANDA DYBALSKA: Czy to wypada, żeby człowiek w mundurze, poważny funkcjonariusz, robił sobie żarty? ROBERT WIERZBICKI: Cha, cha... Urodziłem się 1 kwietnia, na prima aprilis, chyba dlatego dotąd nie spoważniałem. Może to był jaki znak? Palec Boży! Jednak talenty objawiły się u Pana późno. W podstawówce ledwo trójczyna z plastyki! - No tak, z plastyki byłem kiepski. Ale już wtedy co ciągnęło mnie do rysowania. Zamiast znaczków zbierałem rysunki satyryczne i komiksy. Wycinałem je z gazet i wklejałem do zeszytu, potem przerysowywałem w większym formacie. Mania zbieractwa została mi do dzisiaj, w mojej kolekcji mam ponad 20 tysięcy rysunków z całego wiata. Rodzice chcieli, żeby miał Pan przyzwoity zawód, wysłali do szkoły radiowo-telewizyjnej, a Pan chodzi po ulicach z pałką i macha ołówkiem? - Kim ja nie byłem! Naprawiałem radia, skończyłem technikum rolnicze, byłem górnikiem: pracowałem pod ziemią jako telefonista, ze dwa razy chcieli mnie zwolnić, bo ciągle spałem. Pracowałem jaka plastyk w domu kultury, Organizowałem dyskoteki, byłem na kuroniówce, w końcu wylądowałem w straży miejskiej. Pewnie jako plastyk robił Pan transparenty: naród z partią, partia z narodem? - O, to pierdoły takie. Plansze na 1 Maja i 22 Lipca, dekoracje na Dzień Metalowca, Papiernika, Służby Zdrowia, a nawet plakaty filmowe. Proszę: "Czerwona gorączka". Oj, Schwarzenegger jak żywy! - A tu "Tańczący z Wilkami". Jak kto prosił, malowałem reklamę, np: koledze, który sprzedawał kiełbaski przy autostradzie. Pierwsze legitymacje strażników i szyld straży miejskiej w Chojnowie to też moje dzieło. Muszę się Panu przyznać, że stopień z plastyki też bardzo psuł mi świadectwo. Ale do dzisiaj jestem beztalenciem i nie namalowałabym Schwarzeneggera za nic. A Pan? Plakat, reklama - proszę bardzo. Tak bez żadnych szkół? - Jestem samoukiem. Uczyłem się od kolegów plastyków i z książek. No i ten palec Boży! Którego dnia przyszedł do Pana Stanisław Horodecki, wtedy redaktor naczelny nowo powstałej, samorządowej "Gazety Chojnowskiej", i powiedział: "Robert, zrób mi kilka rysunków do gazety". Tak zaczęła się kariera rysownika? - Potraktowałem tę próbę jak kolejne zlecenie. Narysowałem, ale jako tak bez serca, naśladując innych. Była to straszna męczarnia z mizernymi efektami. Zadebiutowałem w "Gazecie Chojnowskiej" w marcu 1992 roku. I tak się zaczęło. Pewnie gdy dostał Pan posadę strażnika, trzeba było nieco przytępić ołówek. Czy podwładny mógł szczypać burmistrza? - Staram się nie robić w swoje gniazdo, chociaż wiele spraw w moim miecie mnie denerwuje i boli. Ale pewnie gdybym poszedł na całość, na drugi dzień wyleciałbym z posady. Za to ze strażników śmieje się Pan często. Ten człowieczek w mundurze, z brodą i pomarszczonym nosem na Pana rysunkach jest bardzo podobny... ...do mnie. Tak, lubię pośmiać się z siebie. Moi koledzy strażnicy też mają duże poczucie humoru, w przeciwieństwie do niektórych urzędników. Chojnów to małe miasteczko. Dla strażnika-satyryka jest tu pewnie wiele stref zakazanych, więc gdzie szuka Pan tematów? - W prasie, telewizji. Czasem ludzie zaczepiają mnie na ulicy i opowiadają dowcipy. W salonie pod oknem biurko i komputer, na ścianach galeria rysunków i dyplomów. Zamienił Pan dom w pracownię. Kiedy Pan rysuje i dlaczego? Rano, w nocy, a może w czasie służby? - Przeważnie nocami. Przychodzę z pracy, siadam przy tym stoliku i czasem kończę bladym świtem. W ten sposób odreagowuję stresy, których w pracy strażnika nie brakuje. Ale nie chowa Pan tych rysunków do szuflady? - Wysyłam do różnych gazet, na konkursy, wystawy. Często robię karykatury na zamówienie, np. uczniowie przychodzą przed studniówką, żeby im zrobić karykatury nauczycieli. Zaliczył Pan już kilkadziesiąt konkursów w Polsce i na wiecie, dostał Pan wiele medali i dyplomów. Niedawno został Pan członkiem Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury. Pana rysunki oglądali ludzie w Niemczech, Rosji, w Izraelu, Iranie, Belgii, Holandii, we Włoszech. Robi Pan międzynarodową karierę? - Dzisiaj już nie wyobrażam sobie życia bez rysowania. Moje rysunki krążą gdzie po wiecie, bawią ludzi. Mam z tego dużo satysfakcji, przyjemności i trochę pieniędzy. Podobno razem ze strażnikami zbiera Pan czasem pieniądze dla najbiedniejszych chojnowian, a niedawno wymyślił Pan nową akcję charytatywną? - Narysowałem karykatury kilkunastu znanych Polaków, teraz proszę ich o autografy. Potem chciałbym sprzedać te rysunki na jakiej aukcji, a pieniądze przekazać dzieciom z Chojnowa. Jako strażnik bywam w wielu domach i widzę, ile w nich biedy. Prezydent Kwaśniewski, Małysz, Pazura, Linda, Daniec, rodzina Kiepskich. Chętnie podpisywali? - Niektórzy od ręki, do innych jeszcze się dobijam. W 1999 roku mieszkańcy wybrali Pana na "Chojnowianina Roku". Lubi Pan swoje miasteczko i straż miejską? - Prawie nie ruszam się z domu, nawet nie jeżdżę po odbiór tych nagród. Chojnowa Pan nie zostawi? - Ależ skąd. ? - Mówię serio, przecież dzisiaj nie prima aprilis. |
| Zapraszamy do galerii: | ||
![]() |
![]() |
![]() |







